Idę
białym korytarzem gdzie lampy bywają niepewne, wchodzę do windy i
wjeżdżam na samą górę. Tym razem odbyło się bez jakichkolwiek
przeszkód. Wysiadam na dachu a zimny wiatr od razu muska moją twarz
tym samym rozwiewa ciemne włosy. Biorę głęboki wdech i czuję jak
łzy cisną się do moich oczu, tym razem ich nie powstrzymuję.
Wypływają jedna po drugiej nie mogąc przestać. To żałosne. Ja
jestem żałosna. Podchodzę do końca dachu, patrzę w dół i widzę
tylko ciemność rozjaśnianą pstrykającą latarnią. Kilka kropel
obija się o moje ciało, jest ich coraz więcej. Lekki deszcz szybko
przeobraża się w ulewę. Powoli cofam się od krawędzi dzielącej
mnie z przepaścią i po chwili ponownie znajduję się w windzie.
Kilkoro ludzi wsiada na niższych piętrach, przyglądają mi się.
Jedni dyskretnie inni natomiast bezczelnie analizują mój nie
najlepszy wygląd. Wychodzę na trzecim piętrze i kieruję się do
toalety. Patrze w lustro i chyba przestraszam się sama siebie.
Wychodzę z dusznego pomieszczenia, ponownie wsiadam do windy i
zjeżdżam na parter. Podeszłam do Mika i pokazałam mu swoją
"wejściówkę", a dokładnie dowód, że jestem
upoważniona znaleźć się za tymi drzwiami. Popycham ciężkie,
stalowe drzwi, a zimne kolory ścian od razu rzucają się w moje
oczy. Idę powoli, z uniesioną głową. Nie wstydzę się swojego
wyglądu, to właśnie to miejsce mnie tak
zniszczyło.
-Polnson.
Dziewczyna wciąga mnie do swojego gabinetu.
Wygląda na lekko przygnębioną, ale dobrze to maskuje. Jej ciało się chwieje i wygląda jakby miała zaraz upaść, lecz nie dzieje się tak.
-Jak ty do cholery wyglądasz?
Jej twarz zmienia wygląd. Teraz kości policzkowe stają się bardziej widoczne, a miły z regóły wygląd szybko przeobraża się w srogi i ostry.
Nie odpowiadam.
Wzdycha. Podchodzi do biurka i z jednej szuflady wyciąga kilka rzeczy po czym podchodzi do mnie i wciska mi je w dłonie.
-Popraw włosy i makijaż.
-Dzięki, Bradshow.
Stawiam przedmioty obok jednej z umywalek. Wyjmuję kilka wacików i jeden za drugim moczony jest płynem do demakijażu. Kiedy kończę, rozczesuję wilgotne włosy i zaplatam je w warkocza dobieranego. Nakładam maskarę, przykrywam niedoskonałości w tym ciemne worki pod oczami i idę oddać pożyczone rzeczy. Po drodze w białym korytarzu spotykam Bonnie, oddaję jej, jej własność i ponownie kieruję się na trzecie piętro.
Tym razem znalazło się więcej klientów. Przez długi czas nie mogłam odpędzić się od bandy dzieciaków. Zastanawiałam się co mówią swoim rodzicom, martwiącym się matkom? "Nocuje u kolegi/koleżanki"? Czy może jednak zbierają się na prawdę? "Idę do klubu, będę ćpać, pić i nie wiem czy przeżyję, ale życie jest od zabawy i trzeba je brać garściami". Cóż całkowitej drugiej wersji żaden dzieciak by nie powiedział. Pewnie kończą na "Idę na impreze ze znajomymi" i to wszystko. Ich bliscy nie mają pojęcia o tym co tu wyprawiają, a powinni mieć, bo niektórzy z nich bardzo przesadzają.
Ponownie zamawiam kieliszek wódki, lecz tym razem czuję się obserwowana. Czyjś wzrok perfidnie wlepiony jest tylko we mnie. Z początku nie reaguję, ale po kilku minutach nie wytrzymuję. Odwracam głowę w lewo, a mój wzrok pada na młodego mężczyznę. Kiedy tylko zauważa moją reakcję unika moich oczu i coś mówi. Barman po chwili podaje mu whisky z lodem, zapewne o to prosił. Wydaje się wysoki, choć kiedy siedzi nie mogę dokładnie ocenić jego wzrostu. Wydaje się być przystojny, ale jednak coś a raczej ktoś każe mi odwrócić od niego uwagę. Parker zmierza w moim kierunku z niezadowoloną miną. Pewnie mnie szukał. Przeklinam się w myślach, że tak łatwo dałam mu się znaleźć.
-Chodź.
Rzuca w moim kierunku. Żołądek mi się wykręca, a w ustach czuję jeszcze ostatnie przeżycia. Podążam za nim do windy, a z tamtąd do jego gabinetu.
-Polnson.
Dziewczyna wciąga mnie do swojego gabinetu.
Wygląda na lekko przygnębioną, ale dobrze to maskuje. Jej ciało się chwieje i wygląda jakby miała zaraz upaść, lecz nie dzieje się tak.
-Jak ty do cholery wyglądasz?
Jej twarz zmienia wygląd. Teraz kości policzkowe stają się bardziej widoczne, a miły z regóły wygląd szybko przeobraża się w srogi i ostry.
Nie odpowiadam.
Wzdycha. Podchodzi do biurka i z jednej szuflady wyciąga kilka rzeczy po czym podchodzi do mnie i wciska mi je w dłonie.
-Popraw włosy i makijaż.
-Dzięki, Bradshow.
Stawiam przedmioty obok jednej z umywalek. Wyjmuję kilka wacików i jeden za drugim moczony jest płynem do demakijażu. Kiedy kończę, rozczesuję wilgotne włosy i zaplatam je w warkocza dobieranego. Nakładam maskarę, przykrywam niedoskonałości w tym ciemne worki pod oczami i idę oddać pożyczone rzeczy. Po drodze w białym korytarzu spotykam Bonnie, oddaję jej, jej własność i ponownie kieruję się na trzecie piętro.
Tym razem znalazło się więcej klientów. Przez długi czas nie mogłam odpędzić się od bandy dzieciaków. Zastanawiałam się co mówią swoim rodzicom, martwiącym się matkom? "Nocuje u kolegi/koleżanki"? Czy może jednak zbierają się na prawdę? "Idę do klubu, będę ćpać, pić i nie wiem czy przeżyję, ale życie jest od zabawy i trzeba je brać garściami". Cóż całkowitej drugiej wersji żaden dzieciak by nie powiedział. Pewnie kończą na "Idę na impreze ze znajomymi" i to wszystko. Ich bliscy nie mają pojęcia o tym co tu wyprawiają, a powinni mieć, bo niektórzy z nich bardzo przesadzają.
Ponownie zamawiam kieliszek wódki, lecz tym razem czuję się obserwowana. Czyjś wzrok perfidnie wlepiony jest tylko we mnie. Z początku nie reaguję, ale po kilku minutach nie wytrzymuję. Odwracam głowę w lewo, a mój wzrok pada na młodego mężczyznę. Kiedy tylko zauważa moją reakcję unika moich oczu i coś mówi. Barman po chwili podaje mu whisky z lodem, zapewne o to prosił. Wydaje się wysoki, choć kiedy siedzi nie mogę dokładnie ocenić jego wzrostu. Wydaje się być przystojny, ale jednak coś a raczej ktoś każe mi odwrócić od niego uwagę. Parker zmierza w moim kierunku z niezadowoloną miną. Pewnie mnie szukał. Przeklinam się w myślach, że tak łatwo dałam mu się znaleźć.
-Chodź.
Rzuca w moim kierunku. Żołądek mi się wykręca, a w ustach czuję jeszcze ostatnie przeżycia. Podążam za nim do windy, a z tamtąd do jego gabinetu.
-Ilu miałaś klientów?-Szorstko przemawia
-Sądzisz, że ich liczę?
-Pytam, ilu?
-Nie liczę tych gówniarzy!
-Nie za wysoki ton?
-To wszystko?
-Czekam na odpowiedź.
-Nie mam ochoty na żarty!
-Uważaj z kim rozmawiasz.
-Z kim? Z jednym z największych skurwysynów na świecie? Nie musisz mi o tym przypominać!
Dynamicznie łapie mnie za nadgarstek i przyciąga do siebie
-Uważaj z kim rozmawiasz.-tym razem każde wypowiadane słowo jest wyodrębnione i przepełnione jadem. Kolejny raz uświadamiam sobie jak bardzo nienawidzę tego skurwiela. Kiedy mnie puszcza wychodzę, nie trzaskam drzwiami, to nie czas i miejsce na takie teatrzyki. Szybkim krokiem zmierzam do schodów. Tym razem daruję sobie windę i wściekła wbiegam na górę, schodek po schodku. Przy drugim piętrze mój oddech nie potrafi się nawet zbliżyć do normy. Czuję jak nogi się pode mną uginają, to smutne, że moja kondycja spadła do zera, właściwie tak jak ja..
Bez jakiejkolwiek przerwy nadal idę tymi cholernymi schodami, teraz o wiele wolniej, ale złość nadal we mnie siedzi i czuję, że nie zamierza szybko mnie opuścić. Kiedy widzę drzwi, ustępuję. Zrezygnowana siadam, a zimny beton od razu daje się mi we znaki. Pomimo zakazu wiszącego na ścianie wyciągam z kieszeni paczkę fajek i zapalam jedną, a potem drugą rozkoszując się wciąganą nikotyną. Kiedy kończę wstaję i podchodzę do szarych, ciężkich drzwi, popycham je i wychodzę na trzecim piętrze. Kolejny już raz tej nocy wchodzę do klubu, a kolejna banda tym razem chyba trochę starszych osób niż poprzednio mnie atakuje. Bez problemu daję im towar, oni mi pieniądze, a potem patrze jak z uśmiechami na twarzy odsuwają się do wyjścia. Ci gówniarze się niszczą, a ja im w tym pomagam, taka moja praca. Zamawiam kolejny kieliszek czystej wódki, przykładam go do ust, a chłodna ciecz rozchodzi się w moim ciele. Odwracam się na krześle i opieram plecy o szklany stół baru. Obserwuję ludzi, są szczęśliwi, pewnie dlatego, że nie myślą o niczym innym niż żeby dobrze się bawić. Upici gówniarze kleją się do siebie nie myśląc o czekających na nich konsekwencjach. Ciąża, hiv i inne gówna tego typu. Zachowują się tak jakby świat nie istniał, jakby liczyła się tylko ta chwila. Para która najbardziej przykuła moją uwagę właśnie wychodzi. Jego ręce spoczywają na jej pośladkach, to oznacza tylko jedno. Idą się pieprzyć do którejś z toalet, a rano nawet nie będą pamiętali swoich imion.
-Whisky z lodem dla pani.
Barman delikatnie palcem uderza o moje ramię, tym samym zwraca moją uwagę. Patrze na napój następnie na mężczyznę
-Od kogo?
-Siedzi na końcu
Odwracam głowę w lewo, kolejno w prawo i na krańcach stołu nikogo nie dostrzegam.
-Chyba się zmył.-mówię do siebie, spoglądając na zachęcającą dawkę alkoholu.
~*~
Budzę się przed dwunastą w południe i od razu dostaję sms'a od Valerie. Czego ta dziwka chce tym razem?
"Mam niespodziankę. Jeżeli chcesz znać szczegóły, wiesz gdzie mnie szukać."
Tylnym wejściem wchodzę do jednego z najbardziej znanych burdeli w kraju. Kieruję się schodami na piętro i bez pukania otwieram drzwi z jej imieniem.
-Myślałam, że już nie przyjdziesz.-rzuca na przywitanie. Niska dziewczyna o rudych, farbowanych włosach poprawia makijaż, pewnie przed chwilą wyszedł stąd jakiś nadziany oblech. Z tego co wiem to sama sobie wybrała takie życie, ja z własnego wyboru nigdy nie robiłabym tego co robię.
-Ile?
-Lubię w tobie konkretność.
-Ile?-powtarzam, tym razem bez kszty uprzejmości.
-Zależy ile chcesz wiedzieć.
-Wszystko.
-Siedemset.
-Nie ufam ci.
-Gdybym nie wiedziała czegoś o czym ty nie masz pojęcia to bym nie traciła na ciebie czasu.
-Najpierw chce wiedzieć czego nie wiem.
-Kasa.
-Oszukałam cię kiedykolwiek?
-Kasa.
-Pieprz się.
Odwracam się i podchodzę do drzwi. Ta suka mnie wkurwia.
-Dobra.
Wiedziałam, że ustąpi, a to znaczy, że wie coś, o czym jeszcze nikt nie wie.
-Obym nie straciła czasu.
-Dzisiaj w nocy był tu Parker.
-Co mi do tego?
-Nie udawaj, że nie rozumiesz. Każdy wie, że jesteś jego dziwką.
-Zamknij morde, albo pożałujesz.
Triumfalnie się uśmiecha, wie, że doprowadza mnie do granicy wytrzymałości i jej się to podoba. Pierdolona szmata.
-Był niezaspokojony, nawet bardzo.
-Nie obchodzi mnie jak się pierdoliliście.
Na samą myśl o tym wszystko podchodzi mi do góry. Jej usta ponownie wydają się być zadowolone, a jej ciało zbliża się do mnie coraz bardziej.
-Naucz się go zaspakajać, żeby nie przychodził wyżalać się do mnie.
Szept przepełniony jadem rozchodzi się w mojej głowie. Pierdolone gówno.
Jej perfumy drażnią moje nozdrza. Te zapachy są zdecydowanie za mocne, ale jak dla takiej ladacznicy idealne.
Nie odpowiadam. Zaciskam szczękę, a ręce krzyżuję na piersiach żeby nic jej nie zrobić. Jest bezpieczna, dopóki nie powie mi czego się dowiedziała.
-Więc był tu, cały wkurzony. Na początku paplał jakieś gówna, a potem doszło do ciebie. Mówił, że nie wie co ma z tobą zrobić. Wymykasz mu się spod kontroli, czego osobiście ci gratuluję, ale nie igraj z wybawicielem.
-To wszystko?
-Jeżeli chcesz to możemy skończyć, ale więcej się nie dowiesz.
Mocniej zaciskam ręce, a ona kontynuuje.
-Parker chce się ciebie pozbyć. Chce żebyś zniknęła, nie wiem na jak długo, ale wspominał coś o jakiejś zamianie.
-Handel żywym towarem?-uważniej się jej przyglądam
-Może coś podobnego, będzie cie chciał z powrotem, jestem tego pewna. Nie wiem co on w tobie widzi, ale już mnie to nie obchodzi.
-Wiesz coś jeszcze?
-O tobie?
-Widzisz tu kogoś innego?
-Jak już mówiłam, czy też nie, nie znam szczegółów.
Odwracam się bez słowa, ale jej palce zaciskają się na moim nadgarstku.
-Kasa.
Wyszarpuję się
-Ile?
-Siedemset.
-Masz mnie za głupią? Za dwa zdania mam ci dać tyle forsy? Nie ze mną te numery.
-Siedemset
-Czterysta
-Sześćset
-Czterysta, albo nic.
-Dobra.
Z torby przewieszonej przez ramię wyciągam portfel i wręczam jej ustaloną i o wiele za wysoką kwotę. Szmata się ceni, ale znam ją już zbyt długo żeby płacić tyle, ile żąda.