wtorek, 19 maja 2015

Rozdział 2


Idę białym korytarzem gdzie lampy bywają niepewne, wchodzę do windy i wjeżdżam na samą górę. Tym razem odbyło się bez jakichkolwiek przeszkód. Wysiadam na dachu a zimny wiatr od razu muska moją twarz tym samym rozwiewa ciemne włosy. Biorę głęboki wdech i czuję jak łzy cisną się do moich oczu, tym razem ich nie powstrzymuję. Wypływają jedna po drugiej nie mogąc przestać. To żałosne. Ja jestem żałosna. Podchodzę do końca dachu, patrzę w dół i widzę tylko ciemność rozjaśnianą pstrykającą latarnią. Kilka kropel obija się o moje ciało, jest ich coraz więcej. Lekki deszcz szybko przeobraża się w ulewę. Powoli cofam się od krawędzi dzielącej mnie z przepaścią i po chwili ponownie znajduję się w windzie. Kilkoro ludzi wsiada na niższych piętrach, przyglądają mi się. Jedni dyskretnie inni natomiast bezczelnie analizują mój nie najlepszy wygląd. Wychodzę na trzecim piętrze i kieruję się do toalety. Patrze w lustro i chyba przestraszam się sama siebie. Wychodzę z dusznego pomieszczenia, ponownie wsiadam do windy i zjeżdżam na parter. Podeszłam do Mika i pokazałam mu swoją "wejściówkę", a dokładnie dowód, że jestem upoważniona znaleźć się za tymi drzwiami. Popycham ciężkie, stalowe drzwi, a zimne kolory ścian od razu rzucają się w moje oczy. Idę powoli, z uniesioną głową. Nie wstydzę się swojego wyglądu, to właśnie to miejsce mnie tak zniszczyło. 
-Polnson.
Dziewczyna wciąga mnie do swojego gabinetu. 
Wygląda na lekko przygnębioną, ale dobrze to maskuje. Jej ciało się chwieje i wygląda jakby miała zaraz upaść, lecz nie dzieje się tak. 
-Jak ty do cholery wyglądasz?
Jej twarz zmienia wygląd. Teraz kości policzkowe stają się bardziej widoczne, a miły z regóły wygląd szybko przeobraża się w srogi i ostry. 
Nie odpowiadam.
Wzdycha. Podchodzi do biurka i z jednej szuflady wyciąga kilka rzeczy po czym podchodzi do mnie i wciska mi je w dłonie.
-Popraw włosy i makijaż.
-Dzięki, Bradshow.
Stawiam przedmioty obok jednej z umywalek. Wyjmuję kilka wacików i jeden za drugim moczony jest płynem do demakijażu. Kiedy kończę, rozczesuję wilgotne włosy i zaplatam je w warkocza dobieranego. Nakładam maskarę, przykrywam niedoskonałości w tym ciemne worki pod oczami i idę oddać pożyczone rzeczy. Po drodze w białym korytarzu spotykam Bonnie, oddaję jej, jej własność i ponownie kieruję się na trzecie piętro. 
Tym razem znalazło się więcej klientów. Przez długi czas nie mogłam odpędzić się od bandy dzieciaków. Zastanawiałam się co mówią swoim rodzicom, martwiącym się matkom? "Nocuje u kolegi/koleżanki"? Czy może jednak zbierają się na prawdę? "Idę do klubu, będę ćpać, pić i nie wiem czy przeżyję, ale życie jest od zabawy i trzeba je brać garściami". Cóż całkowitej drugiej wersji żaden dzieciak by nie powiedział. Pewnie kończą na "Idę na impreze ze znajomymi" i to wszystko. Ich bliscy nie mają pojęcia o tym co tu wyprawiają, a powinni mieć, bo niektórzy z nich bardzo przesadzają. 
Ponownie zamawiam kieliszek wódki, lecz tym razem czuję się obserwowana. Czyjś wzrok perfidnie wlepiony jest tylko we mnie. Z początku nie reaguję, ale po kilku minutach nie wytrzymuję. Odwracam głowę w lewo, a mój wzrok pada na młodego mężczyznę. Kiedy tylko zauważa moją reakcję unika moich oczu i coś mówi. Barman po chwili podaje mu whisky z lodem, zapewne o to prosił. Wydaje się wysoki, choć kiedy siedzi nie mogę dokładnie ocenić jego wzrostu. Wydaje się być przystojny, ale jednak coś a raczej ktoś każe mi odwrócić od niego uwagę. Parker zmierza w moim kierunku z niezadowoloną miną. Pewnie mnie szukał. Przeklinam się w myślach, że tak łatwo dałam mu się znaleźć. 
-Chodź.
Rzuca w moim kierunku. Żołądek mi się wykręca, a w ustach czuję jeszcze ostatnie przeżycia. Podążam za nim do windy, a z tamtąd do jego gabinetu. 


-Ilu miałaś klientów?-Szorstko przemawia
-Sądzisz, że ich liczę?
-Pytam, ilu?
-Nie liczę tych gówniarzy!
-Nie za wysoki ton?
-To wszystko?
-Czekam na odpowiedź.
-Nie mam ochoty na żarty!
-Uważaj z kim rozmawiasz.
-Z kim? Z jednym z największych skurwysynów na świecie? Nie musisz mi o tym przypominać!
Dynamicznie łapie mnie za nadgarstek i przyciąga do siebie
-Uważaj z kim rozmawiasz.-tym razem każde wypowiadane słowo jest wyodrębnione i przepełnione jadem.  Kolejny raz uświadamiam sobie jak bardzo nienawidzę tego skurwiela. Kiedy mnie puszcza wychodzę, nie trzaskam drzwiami, to nie czas i miejsce na takie teatrzyki. Szybkim krokiem zmierzam do schodów. Tym razem daruję sobie windę i wściekła wbiegam na górę, schodek po schodku. Przy drugim piętrze mój oddech nie potrafi się nawet zbliżyć do normy. Czuję jak nogi się pode mną uginają, to smutne, że moja kondycja spadła do zera, właściwie tak jak ja..
Bez jakiejkolwiek przerwy nadal idę tymi cholernymi schodami, teraz o wiele wolniej, ale złość nadal we mnie siedzi i czuję, że nie zamierza szybko mnie opuścić. Kiedy widzę drzwi, ustępuję. Zrezygnowana siadam, a zimny beton od razu daje się mi we znaki. Pomimo zakazu wiszącego na ścianie wyciągam z kieszeni paczkę fajek i zapalam jedną, a potem drugą rozkoszując się wciąganą nikotyną. Kiedy kończę wstaję i podchodzę do szarych, ciężkich drzwi,  popycham je i wychodzę na trzecim piętrze. Kolejny już raz tej nocy wchodzę do klubu, a kolejna banda tym razem chyba trochę starszych osób niż poprzednio mnie atakuje. Bez problemu daję im towar, oni mi pieniądze, a potem patrze jak z uśmiechami na twarzy odsuwają się do wyjścia. Ci gówniarze się niszczą, a ja im w tym pomagam, taka moja praca. Zamawiam kolejny kieliszek czystej wódki, przykładam go do ust, a chłodna ciecz rozchodzi się w moim ciele. Odwracam się na krześle i opieram plecy o szklany stół baru. Obserwuję ludzi, są szczęśliwi, pewnie dlatego, że nie myślą o niczym innym niż żeby dobrze się bawić. Upici gówniarze kleją się do siebie nie myśląc o czekających na nich konsekwencjach. Ciąża, hiv i inne gówna tego typu. Zachowują się tak jakby świat nie istniał, jakby liczyła się tylko ta chwila. Para która najbardziej przykuła moją uwagę właśnie wychodzi. Jego ręce spoczywają na jej pośladkach, to oznacza tylko jedno. Idą się pieprzyć do którejś z toalet, a rano nawet nie będą pamiętali swoich imion.
-Whisky z lodem dla pani.
Barman delikatnie palcem uderza o moje ramię, tym samym zwraca moją uwagę. Patrze na napój następnie na mężczyznę
-Od kogo?
-Siedzi na końcu
Odwracam głowę w lewo, kolejno w prawo i na krańcach stołu nikogo nie dostrzegam.
-Chyba się zmył.-mówię do siebie, spoglądając na zachęcającą dawkę alkoholu.

~*~
Budzę się przed dwunastą w południe i od razu dostaję sms'a od Valerie. Czego ta dziwka chce tym razem?
"Mam niespodziankę. Jeżeli chcesz znać szczegóły, wiesz gdzie mnie szukać."
Tylnym wejściem wchodzę do jednego z najbardziej znanych burdeli w kraju. Kieruję się schodami na piętro i bez pukania otwieram drzwi z jej imieniem.
-Myślałam, że już nie przyjdziesz.-rzuca na przywitanie. Niska dziewczyna o rudych, farbowanych włosach poprawia makijaż, pewnie przed chwilą wyszedł stąd jakiś nadziany oblech. Z tego co wiem to sama sobie wybrała takie życie, ja z własnego wyboru nigdy nie robiłabym tego co robię.
-Ile?
-Lubię w tobie konkretność.
-Ile?-powtarzam, tym razem bez kszty uprzejmości.
-Zależy ile chcesz wiedzieć.
-Wszystko.
-Siedemset.
-Nie ufam ci.
-Gdybym nie wiedziała czegoś o czym ty nie masz pojęcia to bym nie traciła na ciebie czasu.
-Najpierw chce wiedzieć czego nie wiem.
-Kasa.
-Oszukałam cię kiedykolwiek?
-Kasa.
-Pieprz się.
Odwracam się i podchodzę do drzwi. Ta suka mnie wkurwia.
-Dobra.
Wiedziałam, że ustąpi, a to znaczy, że wie coś, o czym jeszcze nikt nie wie.
-Obym nie straciła czasu.
-Dzisiaj w nocy był tu Parker.
-Co mi do tego?
-Nie udawaj, że nie rozumiesz. Każdy wie, że jesteś jego dziwką.
-Zamknij morde, albo pożałujesz.
Triumfalnie się uśmiecha, wie, że doprowadza mnie do granicy wytrzymałości i jej się to podoba. Pierdolona szmata.
-Był niezaspokojony, nawet bardzo.
-Nie obchodzi mnie jak się pierdoliliście.
Na samą myśl o tym wszystko podchodzi mi do góry. Jej usta ponownie wydają się być zadowolone, a jej ciało zbliża się do mnie coraz bardziej.
-Naucz się go zaspakajać, żeby nie przychodził wyżalać się do mnie.
Szept przepełniony jadem rozchodzi się w mojej głowie. Pierdolone gówno.
Jej perfumy drażnią moje nozdrza. Te zapachy są zdecydowanie za mocne, ale jak dla takiej ladacznicy idealne.
Nie odpowiadam. Zaciskam szczękę, a ręce krzyżuję na piersiach żeby nic jej nie zrobić. Jest bezpieczna, dopóki nie powie mi czego się dowiedziała.
-Więc był tu, cały wkurzony. Na początku paplał jakieś gówna, a potem doszło do ciebie. Mówił, że nie wie co ma z tobą zrobić. Wymykasz mu się spod kontroli, czego osobiście ci gratuluję, ale nie igraj z wybawicielem.
-To wszystko?
-Jeżeli chcesz to możemy skończyć, ale więcej się nie dowiesz.
Mocniej zaciskam ręce, a ona kontynuuje.
-Parker chce się ciebie pozbyć. Chce żebyś zniknęła, nie wiem na jak długo, ale wspominał coś o jakiejś zamianie.
-Handel żywym towarem?-uważniej się jej przyglądam
-Może coś podobnego, będzie cie chciał z powrotem, jestem tego pewna. Nie wiem co on w tobie widzi, ale już mnie to nie obchodzi.
-Wiesz coś jeszcze?
-O tobie?
-Widzisz tu kogoś innego?
-Jak już mówiłam, czy też nie, nie znam szczegółów.
Odwracam się bez słowa, ale jej palce zaciskają się na moim nadgarstku.
-Kasa.
Wyszarpuję się
-Ile?
-Siedemset.
-Masz mnie za głupią? Za dwa zdania mam ci dać tyle forsy? Nie ze mną te numery.
-Siedemset
-Czterysta
-Sześćset
-Czterysta, albo nic.
-Dobra.
Z torby przewieszonej przez ramię wyciągam portfel i wręczam jej ustaloną i o wiele za wysoką kwotę. Szmata się ceni, ale znam ją już zbyt długo żeby płacić tyle, ile żąda.

niedziela, 28 grudnia 2014

Rozdział 1

Siedzie w pustym mieszkaniu i czuję się jak dziwka. Co ja robię ze swoim życiem? Jestem pierdoloną pomyłką losu, nikim więcej.


Budzę się tuż przed siódmą. Nienawidzę tych chwil gdy mogę się wyspać, a budzę się tak wcześnie jak prawie nigdy. Chociaż oczy się mi kleją to i tak wiem, że nawet nie ma sensu marzyć o ponownym zaśnięciu. Ciągnąc nogi dochodzę do łazienki, a pierwsze co robie to spoglądam w popękane lustro i to okazuje się błędem. Wszystkie uczucia towarzyszące mi w chwili jego pękania powracają, a w żołądek zaczynał płatać mi figle. Ponownie układam się w pościeli i ponownie czuję,że dłużej nie zniosę takiego życia. Mam cały dzień dla siebie. Cały dzień, aż do wieczoru. Tak długo na to czekałam, a teraz nie potrafię się tym cieszyć. Właściwie niczym nie potrafię się już cieszyć.
Idę szarym,wyblakniętym chodnikiem, a chłodny wiatr pląta moje niedawno czesane włosy. Dobrze wiem dokąd zmierzam, ale nogi już ledwo utrzymują ciężar mojego ciała. Czuje jak to wszystko od środka mnie wykańcza. Poczucie winy i uczucie skończonej szmaty owładniają moje wnętrze. Wyżerają moją duszę jak pasożyt, którego nie da się pozbyć. Biorę głęboki wdech i przekraczam próg oddzielający mnie od normalnego życia, które teorytycznie powinnam prowadzić. Cóż bywa różnie..
-Polnson!
-Czego chcesz?-warknęłam
-Nie zapominasz się?
Zatrzymuję się i patrzę na czerwoną ścianę, nie mam zamiaru oglądać jej twarzy.
-Parker cię szuka.
-Nie mam czasu.
-Myślisz,że chce mi się z tobą gadać?-mówi przez zaciśnięte zęby-Masz do niego iść i już.
Bez słowa ruszam dalej, czując, że moje plany ulegają zmianie. Kilkukrotnie pukam w drewniane, brązowe drzwi i nie czekając na reakcję po chwili podchodzę do ciemnego, obszernego biurka.
-Masz coś dla mnie?
Unosi oczy
-Niekoniecznie
-Nie mam czasu, Parker.
Odwracam się i idę w kierunku wyjścia.
-Podejdź tu.
Nie reaguję. Chwytałam klamkę i chcę już wyjść.
-Polnson!
Zatrzymuję się. Zamykam otwarte już drzwi i powoli zaczynam się odwracać.
-Zapominasz się.
-Czego chcesz?
-Co ja mam z tobą zrobić?
Podnosi się z krzesła, a jego sylwetka zbliża się do mnie coraz bardziej. Czuję jak w głowie zaczyna mi wirować z poddenerwowania.
-Kochana, Jade.
Dwukrotnie okrąża moje ciało.
-Daj mi spokój.
-Ostra z ciebie zawodniczka.-oblizuje usta-To lubię w tobie najbardziej.
Znacząco się uśmiecha i już wiem co chce zrobić. Zaklucza drzwi, a klucz chowa do kieszeni. Przekłada moje włosy na lewy bok i składa na mojej szyi kilka pocałunków po czym podchodzi do krzesła i siada na nim.
-Podejdź tu, skarbie.
Postępuję według jego rozkazów. Odpina rozporek. Jego spodnie jak i bokserki spadają na ziemię. Czuję jak łzy cisną się do moich oczu, ale przyklękam przed nim i biorę jego penisa do buzi. Ssam i liżę go z obrzydzeniem. Chwytam go w dłonie, a on ustala tępo. Widzę jak mu staje, czuję jak zaczyna pulsować, aż w końcu koszmar dobiega końca. Jego jęki ustają. Pozostaje tylko jego triumfujący uśmiech. Wstaje, a on podaje mi klucze. Bez słowa wychodzę kierując się do toalety.
Myję ręce i przepłukuję usta. Kiedy patrze w lustro jedyne co widzę to niepozorna dziwka. Skończona szmata, nic więcej. Kiedy wychodzę czuję na sobie kilka spojrzeń, szyderczych uśmieszków. Nie obchodzi mnie to, bo każdy z nich ma coś na sumieniu. Parker traktuje wszystkie osoby płci żeńskiej stąd jak dziwki, a z tego co zauważyłam płeć męską traktuje jak swoich pomocników, przyjaciół. Chuj wie jak jeszcze. Wchodzę do windy z nadzieją, że nic więcej mnie dzisiaj nie spotka.
Zjeżdżam na trzecie piętro, a po chwili znajduje mnie nowy klient.
Daje mi pieniądze, a ja mu malutki foliowy woreczek z białym proszkiem. Zanim podeszłam do baru przyszło jeszcze kilku z którymi zawarłam ten sam układ.
-Co podać?
Barman zwraca się do mnie.
-Wódkę.
Po kilkunastu sekundach kieliszek stoi już przede mną. Zanurzałam usta w przezroczystej cieczy, a wszelkie siły jakie znajdowały się w moim ciele zaczęły mnie opuszczać. One też postanowiły zostawić mnie samą.
-Co jest, Polnson?
Dobrze znałam ten głos.
-Co ma być?
-Jesteś jakaś inna.
-Odpierdol się, Henkel.-syknęłam.
-Jak chcesz, ale jak zmienisz zdanie to wiesz gdzie mnie szukać.
-Mówisz o ostatniej propozycji?
-Ona również jest aktualna.
Podnosząc się puszcza oczko w moim kierunku i znika w tłumie szalejących małolatów. Zamawiam jeszcze jeden kieliszek wódki na rozluźnienie i wychodzę.